Na froncie zasady są proste: jest ogień i jest odpowiedź. Ale w Chersoniu poznałem zupełnie inną twarz wojny – zimną machinę, która traktuje żywych ludzi jak łup wojenny.
28 dzieci ukrytych w piwnicy kościoła, których jedyną winą było to, że nie miały nikogo, kto mógłby je obronić. To była duszna, ciemna piwnica, w której Ludmiła Iwaniwna i ksiądz Paweł stworzyli dom dla niemowląt i dzieci z niepełnosprawnościami. Najmłodsze z nich miało zaledwie cztery miesiące.
Słuchałem księdza Pawła, który opowiadał mi, jak musiał udawać żebraka i pijaka. Wcierał w szyję wino i piwo, by śmierdzieć alkoholem na rosyjskich blokpostach. Tylko dzięki temu „upodleniu” pozwalali mu przechodzić z ziemniakami i cukrem dla ukrytych dzieci.
Byłem przy nich w dniu, kiedy w drzwiach kościoła pojawili się „nawigatorzy” pod bronią.